Felieton
komentarzy 6

Miał być ślub. Nie ma.

W 2018 roku mieliśmy zawrzeć związek małżeński. Nie udało się? Dlaczego?

Końcem sierpnia do Lizbony przyleciała rodzina i kilku znajomych, nazajutrz miał się odbyć ślub niespodzianka. Nie odbył się.

Przegrałem.

Wiem, że tak się nie robi, ale znacie mnie – nie lubię sensancji. Śpieszę zatem donieść, że nadal jestem z Adrianną, nadal jesteśmy zaręczeni, nic się nie zmieniło. Skoro już jesteście uspokojeni to posłuchajcie opowieści.

Lubimy robić rzeczy na opak. Odrzucamy szablony i powszechnie przyjęte wzory. Oświadczyłem się Adriannie 14 lutego 2017 roku (historię zaręczyn znajdziecie tutaj). Było tak: Portugalia. Lizbona. Alfama. Portas do Sol. Dzień zakochanych. Drżące kolano dotknęło zimnego bruku, drżąca ręka dotknęła zimnego złota. Padły czułe słowa. Spletliśmy się opętani miłością.

Zaręczyny to uroczysta umowa zawarta między mężczyzną i kobietą, na mocy której przyrzekają sobie zawarcie małżeństwa. Mijają dwa lata. Wypada umowę zrealizować. Wymyśliliśmy, że ślub odbędzie się w Lizbonie, może nawet w tym samym miejscu, w którym się oświadczyłem. Brzmi romantycznie, lirycznie, słodko. Jak to jednak zrobić? Pomyślcie przez 10 sekund – co zrobić, że zawrzeć małżeństwo na drugim końcu Europy? 1,2, 3 …. 10.

I co?

Może ambasada polska w Lizbonie. Bingo! Zadzwoniłem, zapytałem. 600 euro + niezbędne dokumenty = ambasador udzieli ślubu na terenie ambasady w specjalnie przygotowanej do tego sali.  Chwila, chwila. Przecież nie będę leciał na drugi koniec Europy tylko po to, żeby ktoś mi udzielił ślubu w urzędzie. Panie, to ma być na ulicy, na plaży, na Cabo da Roca, na klifie wyznaczającym koniec Europy, mają być fajerwerki, piasek, ocean, zachodzące słońce odbijające się w śnieżnobiałej sukni ślubnej. Aha, to nie robimy takich rzeczy, pan ambasador nie ma czasu na udzielanie małżeństw poza budynkiem ambasady. Badum tssss…, kurtyna!

Chyba nie myśleliście, że usłyszałem coś takiego i się poddałem. Dzwonię drugi raz do gościa z ambasady i ucinamy sobie pogawędkę. A może by Pan spróbował przez portugalski urząd stanu cywilnego, wie Pan, jesteśmy w Unii Europejskiej, dokumenty będzie trzeba tylko przesłać do Polski i wszystko załatwione. No, w końcu kto gada jak człowiek. Z tego co pamiętam, to tam opłata wynosi 120 euro, chyba, że chce Pan wynająć urzędnika do ślubu na ulicy to 200 euro. Oooo! Ktoś tu gada jak człowiek. Moje cebulowe serce zaczyna bić mocniej. Oczami wyobrazni widzę moment wręczenia zgrabnego medalu: virtuti cebulari, zorganizował ślub trzy razy taniej niż normalnie.

Od ogółu do szczegółu. W 2018 roku byłem w Lizbonie pięć razy. Tak, teraz już łatwo się domyślić dlaczego. Biurokracja, biurokracja i jeszcze raz utrudnianie życia szaremu Europejczykowi. W Polsce mamy biurokrację? Odwiedziłem wrocławski urząd stanu cywilnego. Pani grzecznie informuje, że dokumenty będą za miesiąc. Grzecznie informuje, że potrzebuje je na jutro. Uśmiecham się, bajeruje, wykonuje kilka telefonów do naczelnika urzędu cywilnego w Bielsku – Białej, który jest w posiadaniu mojego aktu urodzenia etc. i voila! Na drugi dzień trzymam plik dokumentów, a Pani urzędniczka żegna mnie czule i zaprasza ze zdjęciami ze ślubu! Taką mamy biurokrację w Polsce!

Człowiek vs urząd

Portugalski urząd stanu cywilnego to temat na licealną rozprawkę: człowiek vs urząd, dlaczego człowiek zawsze przegrywa? Pierwsze podejście podobało mi się najbardziej. Wyczekałem swoje i w końcu stanąłem przed obliczem urzędniczki. Do tematu podszedłem ambitnie – coś tam wydukam po portugalski, o kwestie językowe będę się martwił na miejscu. Złudzenia zostały szybko rozbite. Pani powiedziała mi wprost: ja z Panem nie będę rozmawiała, bo pana portugalski nie jest wystarczający do prowadzenie tej rozmowy. Słyszycie coś takiego i czujecie się jakby ktoś przywalił Wam mokrą ręką w twarz. Myślę sobie, dobra, mam kilku znajomych, którzy mówią po portugalsku. Odstałem w kolejce drugi raz i z zadowoleniem podchodzę do Pani, która chwilę temu zniszczyła mi życie. W ręce dzierżę narzędzie jej zagłady – telefon, a w nim połączenie z jednym z blogerów piszących o Portugalii, który spędził pod Lizboną 10 lat. Z paskudnym grymasem na twarzy urzędniczka podnosi telefon do ucha. Rozmowa trwa 45 sekund, pani oddaje telefon i informuje mnie, że Pan nie posługuje się portugalskim na odpowiednim poziomie. Z jednej strony frustracja, a z drugiej ulga. Nic nie załatwiłem, ale trochę usprawiedliwiłem swoją znajomość portugalskiego.

Kolejnego dnia zjawiłem się ze znajomym Portugalczykiem. Jaki będzie werdykt? Czy jego portugalski sprosta wysokim wymaganiom? Oczywiście, że tak. Mój portugalski pozwala mi zrozumieć jak bezczelnie cisną ze mnie bekę, właściwie z nas, obcokrajowców. Oni się nigdy nie nauczą właściwie mówić po portugalsku! Serio? Brazylijczykom imputujecie, że ich portugalski jest zepsutą formą, a Wasza, kontynentalna, jest jedyną właściwa, z obcokrajowców śmiejecie się, że nie mówią płynnie? Co za dumny kraj!

Do zawarcia małżeństwa potrzebujecie pełny odpis aktu urodzenia oraz zgodę tj. informację, że nie jesteś już kogoś mężem lub żoną. Jeżeli planujecie ślub za granicą to trzeba to przetłumaczyć. Akt urodzenia jest wydawany na druku wielojęzycznym = znakomicie! Natomiast zgoda na zawarcie małżeństwa – nie. I tu zaczyna się biurokratyczny maraton. Zapytacie dlaczego? Idziesz do tłumacza i po sprawie. Byłoby cudownie. Uwaga! Zaczynam: dokument z wrocławskiego urzędu stanu cywilnego został potwierdzony przez inny polski urząd – ministerstwo spraw zagranicznych, za duże pieniądze i spory wysiłek uzyskałem apostillę, tłumacz przysięgły w Polsce przetłumaczył polski dokument na język portugalski. W portugalskim urzędzie stanu cywilnego pojawiam się z plikiem dokumentów i osobistym tłumaczem. Okazuje się, że: w Portugalii nie rozumieją instytucji tłumacza przysięgłego, dla nich to prywatna osoba, więc nie jest to tłumaczenie wiążące, tłumacząc dokument z polskiego urzędu stanu cywilnego potwierdzony przez ministerstwo spraw zagranicznych wytwarzamy nowy dokument, który również powinien być „zalegalizowany” przez organ upoważniony. Finał jest taki, że dokument trzeba przetłumaczyć w Portugalii, do złożenia dokumentów niezbędna jest osobista obecność dwojga narzeczonych.

 

Kupujemy bilety, Adrianna informuje wszystkich, że jedzie do Pragi. Stawiamy się osobiście w lizbońskim urzędzie. Wydajemy kolejne pieniądze, robimy nowe tłumaczenie, opuszczamy Portugalię z zapewnieniem, że raczej się uda, rozpoczęliśmy proces sprawdzania Państwa dokumentacji.

Raczej się nie uda.

Przygotowania do zawarcia małżeństwa trwają. Na lotnisku w Katarze widzę szejków obwieszonych złotem, którzy negocjują ceny zakupu kolejnego złota. Mam 4 godziny na przesiadkę. Myślę sobie: albo oni są naprawdę bogaci albo złoto jest tutaj tanie. Sprawdziłem, kupiłem, wróciłem z obrączką. Tak, zgadza się, obrączką, nie obrączkami. Nie chciałem żeby Adrianna czuła się pominięta, w tym jak mniemałem, ważnym elemencie przygotowań do ślubu. Był zawód, że tylko jedna, mogłeś kupić dwie. Na dzień przed wylotem do Portugalii szukam jednej obrączki podobnej do tej zakupionej w Katarze. Wszędzie słyszę, że czas oczekiwania to około 3 tygodnie. Jedna ze sprzedających daje mi adres miejsca, w którym kupują złoto. Po 45 minutach mamy komplet.

Adrianna wybrała suknie, kupiłem garnitur, buty, krawat, poszetkę etc.

Do Portugalii poleciał na kilka dni przed planowanym ślubem. W urzędzie zaczęli kręcić nosem, proces jest w toku, nie możemy zapewnić, że się uda.

Nie udało się.

Rodzinka przyleciała na wakacje. Nic nie wiedziała o ślubie niespodziance. Spędzili tydzień w Portugalii. Błogosławieni, którzy żyją w nieświadomości. O nieudanej misji dowiedzieli się dopiero na wigilii 2018.

Miesiąc po nieudanej próbie zawarcia małżeństwa otrzymaliśmy wiadomość z portugalskiego urzędu stanu cywilnego: decyzja pozytywna, zapraszamy, mają Państwo 6 miesięcy od daty rozpoczęcia procedury. Do wyboru zatem listopad, grudzień, styczeń, kawałek lutego.

Jak kończy się ta historia? Jesteśmy w kontakcie z urzędem. Ślub planujemy wziąć w maju. Amen.