Bez kategorii
Leave a comment

Londyn. Stolica świata? Klęska urodzaju?

Szalenie trudno napisać tekst o 10 milionowym mieście. Klęska urodzaju! Fascynujące jest to miejsce. Potrafi jednak przytłoczyć, przebodzcować, zwyczajnie zmęczyć. Wystarczy wyjść ze stacji Westminster Pier. Po kilku minutach człowiek zadaje sobie pytanie: co ja tutaj robię?

Rozładował mi się telefon. Błaha sprawa, ale niekoniecznie w Londynie. Mam ładowarkę, ale nie mam tego przeklętego adaptera. Dlaczego oni muszą mieć wszystko inne?

Siedzę więc w fancy kawiarni w londyńskim City, czyli biznesowej stolicy świata. Telefon się ładuje, a ja z nudów zaczynam pisać ten tekst. Mam tylko kartkę papieru i długopis. Za potężnym oknem przesuwają się postaci tych wszystkich white – collar workers, którzy coś tam robią w tych wieżowcach, ale niewielu wie co. Czy oni tam tylko stukają w te komputery? Gdzie odbywają się te potężne transakcje? Bank of England⁠ szacuje, że Wielka Brytania odpowiada za około 38% światowego obrotu na rynku walutowym. To oznacza, że przez brytyjskie centrum finansowe przepływa średnio około 4,7 biliona dolarów dziennie w transakcjach FX. Dla skali: cały światowy rynek walutowy osiąga około 9,5 biliona dolarów dziennego obrotu. Londyn pozostaje więc zdecydowanie najważniejszym centrum handlu walutami na świecie — niemal 4 na 10 dolarów obrotu FX wiąże się z rynkiem brytyjskim.

To nie mój świat. Nie ukrywam jednak, że potrafię sobie siebie tutaj wyobrazić. Granatowy garnitur lub zestaw klubowy, czarne brogsy, krawat z grenadyny, subtelna poszetka, koszula odebrana z pralni, drogie perfumy. Pracuje na 54 piętrze w Horizon 22. Londyn u mych stóp. Udaje, że złapałem kogoś lub coś za nogi i już nigdy nie puszczę.

Póki co taki scenariusz wydaje się równie prawdopodobny jak to, że wszystkie „You all right?” rzucane przez pracujące w kawiarni dziewczyny mają jakiekolwiek głębsze znaczenie. To konwencja. One nie oczekują Twojej odpowiedzi. To nie jest zaproszenie do gorzkich żalów. Mają dość swoich problemów. Jest takie zgrabne słowo w języku angielskim – simplification. Skoro mamy tekst o UK to korzystajmy w końcu z tych anglicyzmów. Simplification zatem. Uproszczenie. Nie popełniajmy go. To nie tutaj, z nami nie tak. Nie wrzucajmy wszystkich do jednego koszyka z napisem powierzchowny, uprzejmy Brytyjczyk, którego nic i nikt nie interesuje. To przecież ludzie stanowią o wyjątkowości Londynu.

W drodze z lotniska do hotelu kierowca po dwóch minutach stwierdza, że ja to chyba nie mieszkam w Polsce, że z taką koszulką to on czuje jakiś vibe latynoski i czy ja pracuje w Ameryce Południowej i czy ja hablam espanyol. Ja mu, że hablo i tak se zmieniamy język od razu. Gość urodził się w Mołdawii. Do szkoły poszedł już w Barcelonie. Skończył dwa kierunki studiów. Mówi w 6 językach. Ma dom w Hiszpanii i w Brazylii.

Przewodniczka, z którą współpracuje to rodowita Chinka. Spodobała jej się Polska. Nauczyła się mówić po polsku na takim poziomie, że oprowadza mi grupę.

Takich ludzi i takich historii jest w Londynie mnóstwo. Każdy mógłby napisać książkę o swojej drodze. Najwięcej do opowiedzenia wydaje się, że mają Ci, którzy przybyli tu z nadzieją na lepsze jutro. Jednym się udało, innym nie. Niektórzy zaczynali od niczego na dworcu Victoria Station. Inni przyjechali od razy do pracy w City i do wygodnego mieszkania w South Kensington. Ciekawie pisze o tym Craig Taylor w książce „Londoners: The Days and Nights of London Now as Told by Those Who Love it, Hate it, Live it, Left it, and Long for it”, którą przetłumaczono na język polski w bardzo wyrafinowany sposób – Londyńczycy. Jest ona zbiorem historii wszelakich. Zazdroszczę mu bardzo. Chciałbym wpaść na taki pomysł przed nim.

Londyn to jedno z najbardziej różnorodnych miast świata — jego mieszkańcy pochodzą z niemal 200 krajów i posługują się setkami języków. Ponad 40% londyńczyków urodziło się poza Wielką Brytanią, a w mieście żyją dziesiątki dużych społeczności etnicznych i narodowych. To prawdziwy kulturowy tygiel, w którym spotykają się tradycje, kuchnie, religie i style życia z niemal każdego zakątka świata. Tripadvisor pokazuje 279 restauracji afrykańskich. W całej Polsce znajdziemy ich zaledwie kilka.

Gdyby ktoś za młodu z dumą wywijał sztandarem „równość, wolność, braterstwo, egalitaryzm, wielokulturowość” to śpieszę z dobrą informacją. Są na świecie dwa miejsca gdzie ten utopijny eksperyment się powiódł. Nowy Jork i Londyn. Wydaje się, że te miasta w kategorii osobliwości widziały już wszystko. Nie wiem co musiałbym zrobić żeby ktoś zwrócił na mnie uwagę dłużej niż na 5 sekund. Różowe włosy? Kolor skóry? Ubiór? W Londynie to całkiem zabawny żart. Nikogo to tutaj nie interesuje. Być może jakiś turysta obróci się i zrobi zdjęcie jeśli wyjdziesz nago na Trafalgar Square (to robocza hipoteza, do sprawdzenia). Londyńczyk nawet nie wspomni o tym żonie/mężowi po powrocie z pracy.

Czyli tu można więcej, tak ? Ale tak za darmo można być Innym? Nie do końca. Za swoją nieograniczoną wolność Londyn wystawia słony rachunek. Jeśli jesteś w stanie utrzymać się w dobrej dzielnicy Londynu to możesz korzystać z wolności wszelakiej. Jak Ci nie idzie do zostajesz zepchnięty na przedmieścia, a wolność jest dostępna tylko w weekendy. W tygodniu pracujesz na przepustkę do niej.

A co jeśli i tam sobie nie radzisz? Zapraszamy na jedno z 6 londyńskich lotnisk i wracaj skąd przybyłeś. Koniec marzeń o wolności. Typowy kapitalistyczny paradoks: potrzebujesz mnóstwo pieniędzy żeby być wolnym!

Wróćmy do książki Craiga Taylora. W wywiadzie z Michaelem Liningtonem pada takie podsumowanie Londynu:

Wydaje się, że Londyn oferuje wszystko. Nawet wybór w supermarketach to dla mnie zmora. Jak mam zdecydować, co chce zjeść na obiad, a tym bardziej co chcę robić przez resztę życia albo z kim chce być? Zacznę z kimś chodzić, a potem okaże się, że jest tysiąc osób, które pociągają mnie dziesięć razy bardziej i mają dziesięć razy więcej ciekawych rzeczy do opowiedzenia.

To miasto wpływa na człowieka. Wpływa na jakie podejście do życia. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie, wciąż pojawiają się nowa rzeczy do wyboru, nowe możliwości. Te możliwości są problemem, bo wszystko wydaje się okazją. Wszystko jest szansą. Takie życie to koszmar, bo jak tu osiągnąć szczęście? Nie da się, po prostu się nie da.

[…]

Nie znoszę w Londynie tego wiecznego uczucia niedosytu. Tu człowiekowi zawsze jest mało. Wiecznie rozgląda się za czymś nowym, zastanawia się, co dalej. Miło byłoby się na chwilę zatrzymać. Ale obawiam się, że człowiek w Londynie jest skazany na niedosyt, bo miasto ma zbyt wiele do zaoferowania. Kiedy przestajemy chcieć więcej? Nigdy.

Craig Taylor, Londyńczycy, Kraków 2023, s. 392-393.

Smutna, ale prawdziwa refleksja. Idę sprawdzić czy naładował mi się telefon.