Szeroko rozwarte nożyce przemysłu turystycznego stwarzają wiele iluzji. Jedną z nich jest przeświadczenie o powszechnej dostępności świata.
Warszawa, lotnisko Chopin, 14:00 – Lizbona, terminal T2, 18:00, metro i pierwsza kawa w centrum portugalskiej stolicy. 3325 km. 30 godzin ciągłej jazdy samochodem.
Wrocławskie lotnisko, godzina 11:00 – Malta, port lotniczy, 13:30, autobus miejski i kawa w centrum Valetty. 2673 km.
Kilka godzin dzieli nas od większości turystycznych destynacji naszej planety. Cóż w tym złego? Pozornie nic. Niewątpliwy sukces naszej cywilizacji. Zmniejszyliśmy świat. Wyobrażenie zasiane, w kategoriach fizycznych nic jednak nie uległo zmianie. O świadomości zatem.
Odległość.
Gruzja rozkochała w sobie wielu Polaków. Wracają do niej regularnie. Niektórzy zdecydowali się na zakup nieruchomości lub otworzenie własnego biznesu. Czy wszyscy zdajemy sobie jednak sprawę jak odległy to kraj? Z Warszawy do Tbilisi podróż trwa 3 godziny. A gdyby tak wybrać inną drogę? Kto ma na to czas, kto jest gotowy na trudy długiej wyprawy? W kim jeszcze tli się ciekawość tego co pomiędzy, przekraczania granic, podbijania stempli?
Oto jestem. Byłem, doświadczyłem, opowiem Wam jak było.
Wrocław – Gruzja.
Dlaczego nie samolotem? Porzucenie pracy w szkole obsypało mnie ważny kapitałem – czasem. To on zmusza nas do szybkich wakacji, szybkiego życia.
Kiedy opowiadałem znajomym o pomyślę na podróż jeden z nich rozbudził moją ciekawość. Podczas swojego ostatniego pobytu na Ukrainie dowiedział się o połączeniu promowym Ukraina – Gruzja. Brzmi interesująco, prawda? Stąd pomysł, aby tę opcję sprawdzić.
Z Wrocławia, z przystankiem w rodzimym Bielsku- Białej, dotarliśmy do Krakowa. Spotkaliśmy się na nieśpiesznym śniadaniu z Wojażer. Doświadczyliśmy rzeczy niespotykanej – pustych krakowskich ulic, ciszy i momentu wytchnienia w tym, na co dzień, kipiącym życiem mieście. Powód? Ostatni dzień Światowych Dni Młodzieży. Wszyscy żegnali Papa Francesco w podkrakowskich Brzegach. Na chwilę przed powrotem pielgrzymów wsiedliśmy w pociąg do Przemyśla. Z okien pociągu żegnaliśmy młodych rozciągniętych po podkrakowskich wioskach. Polskie, letnie, leniwe pejzaże odprowadziły nas do ukraińskiej granicy. Przekroczyliśmy ją piechotą i wpadliśmy w turystyczną pułapkę, która okazała się największym błędem naszej podróży. Niebawem popełnię tekst – przestrogę.
Ukraina.
Cztery, leniwe, luksusowo spędzone dni we Lwowie. Wstydliwa przygoda z pociągiem i długa podróż do Odessy. Kilka dni zmagania z niefrasobliwością pracowników firmy transportowej odpowiedzialnej za połączenie promowe Ukraina – Gruzja przeplatane wakacyjnym klimatem odeskich plaż. Podróż promem zasługuje na długi tekst, co nastąpi wkrótce. 16 godzin postoju w porcie, 16 godzin tankowania 500 000 tys. ton ropy w Rumunii, 5 dni na pokładzie. Rozwiązanie dla cierpliwych, prawda?
Gruzja.
Przygodę rozpoczęliśmy od zachodu Gruzji. Szybko spróbowaliśmy autostopu i tak już zostało do końca podróży. Pozwoliło to zakończyć doświadczanie kraju przez szybę. Zbiliśmy ją i dotknęliśmy na chwilę rdzenia, duszy. Spotkaliśmy wspaniałych ludzi, przeżyliśmy wiele niezapomnianych przygód. Gdzieś na stepie, pośrodku niczego przyszedł niechętny czas decyzji. Co dalej? Brak wujka w Ameryce, który w każdej chwili gotów jest obsypać nas dolarami skutecznie zweryfikował nasze plany. Poprzestaliśmy na podróży po Gruzji. Mogliśmy wybrać Armenię, ale brzydzę się odhaczaniem punktów na mapie. Lubuje się w nieśpiesznym ich poznawaniu. W ten sposób poznawałem Chorwację (miesiąc), Włochy (miesiąc), Maltę (tydzień) oraz ukochaną Portugalię.
Jak wrócić?
Dogłębna analiza ofert linii lotniczych pozwoliła stwierdzić, że najbliższy akceptowalny cenowo lot będzie za tydzień. Postawiliśmy po raz drugi na przeprawę promową. Sprawny autostop przeprowadził nas przez Gruzję do wybrzeży Morza Czarnego. Z Poti miał odchodzić prom. Nie spodziewałem się, że coś może mnie bardziej zaskoczyć niż filia firmy UKRFERRY w Odessie. A jednak. Stara boazeria parterowego mieszkania prowadziła do ciemnego okienka. Jego ramy wypełniała postać krępej babiczki zanurzonej w ekranie swojej pracy. Dzięki dotychczasowym perypetiom językowym byliśmy w stanie „coś” zrozumieć. Otrzymaliśmy kwit i odprawę do banku. Wychodząc z „biura” spojrzałem na zawieszony w ramce nędzny wydruk – prom przepasany wstążką napisu UKRFERRY. Zerknąłem na kwit. 230 $? Pieprzyć to! Jedziemy stopem!
Pierwszy tekst o naszej 50 – dniowej podróży za Wami. O przygodach, które nas spotkały będę jeszcze długo opowiadał. Dlaczego daliśmy łapówkę, kim jest kontakt „perzon” Tatiana? Ile kosztuje marihuana w Gruzji? Jak wróciliśmy do Polski? Niebawem na blogu …


